Potłuczony

Być potłuczonym to nie znaczy tylko być obolałym w wyniku urazów. To stan umysłu. Sprzeciw. Marsz pod prąd. Niezbędny jest tu też optymizm. I to ten "niepoprawny". Nie byłbym potłuczony fizycznie gdybym zakładał, że jazda na rowerze musi prowadzić do wypadku drogowego. Istnieje możliwość, że do wypadku dojdzie. Ale statystycznie częściej do wypadków nie dochodzi. Istota jaką jest rowerzysta składa się z roweru i człowieka. Ta druga część jest znacznie delikatniejsza i ma zdolność regeneracji. Ale czy rowerzysta to też stan umysłu? Dlaczego rowerzysta ma być innym gatunkiem? Świadomość rowerzysty obejmuje delikatność życia. W przypadku świadomości gatunku określanego nazwą "kierowcy samochodu" dochodzi poczucie bezpieczeństwa dawana przez blachę. Czasami zastanawiam się czy kierowcy nie prowadzą zeszycików w których notują kolejne potrącenie rowerzystów (jak lotnicy podczas wojny kolejne zestrzelenia samolotów przeciwników). To jest jak wojna. Tylko jedna strona – ta opancerzona – ma przeciw sobie miliony rowerów. Mahatma zastanawiał się dlaczego w Europie ludzie nie szli tłumnie i bez broni przeciwko uzbrojonym żołnierzom i nie ginęli tylko po to by uzmysłowić strzelającym bezsens zabijania. Ofiary powinny zmuszać do myślenia. Ale jak mają zmuszać skoro nawet Kryszna zapewnia wojowników, że to nie oni odbierają życie. W wojnie religijnej sprawcy są niewinni – realizują tylko boski plan. Potok myśli opuścił nurt główny. Wracam do bycia potłuczonym czyli poza nurtem głównym. Mahatma nie wiedział, że Niemcy zaplanowali masowe zabijanie i je uprzemysłowili. To podobno "nowoczesność", "modernizm".

Mimo tego, że na forum http://eksploratorzy.com.pl jest wiele osób o podobnych do moich cmentarnych zainteresowaniach to jednak nie jest to zainteresowanie powszechne. A zainteresowanie cmentarzami w jakiś sposób obcymi czasami wydaje się nawet podejrzane. Już pytano mnie czy coś mnie łączy z Żydami, a przecież nie tylko kirkuty mnie interesują. No i to nie jest też do końca tak, że to chodzi o cmentarze. Ich stan jest dla mnie wskaźnikiem stanu pamięci lokalnej. Pamięci historycznej. Pamiętam jak w Warce kilka lat temu zapytałem o cmentarz żydowski jakiegoś młodego chłopaka. Powiedział, że nie wie gdzie on jest. Dopiero po zastanowieniu zapytał mnie czy to to samo co "kierkut". Gdzie jest "kierkut" wiedział. W Pawłowicach ksiądz zlikwidował cmentarz z I wojny światowej i umieścił tabliczkę pamiątkową z napisem "Poległym cudzoziemcom" – dla niego było oczywiste, że to nie byli Polacy. Czy mógł nie wiedzieć, że nie było też Polski i że wśród poległych mogli być Polacy? Nazywanie cmentarzy z I wojny "niemieckimi" jest dość powszechne. Głównie dlatego, że zachowane napisy są w języku niemieckim i że podczas II wojny światowej okupanci niemieccy wiele z tych cmentarzy wyremontowali. Są jeszcze cmentarze ewangelickie pozostałe po dawnych osadnikach niemieckich. O tych słyszałem, że Niemcy je odnawiają choć robią to lokalne stowarzyszenia i inne organizacje. Na koniec cmentarze prawosławne pozostałe po wysiedleniach, które rzadko nazywa się czystkami etnicznymi. Wszystkie te cmentarze są w jakiś sposób obce. Ich niszczenie – a ten proces w różnym tempie ale postępuje – być może doprowadzi do usunięcia śladów przeszłości i będzie można napisać nową wersję historii.

Trwa walka o pamięć o polskich Żydach. 10% mieszkańców kraju przed II wojną światową ma zniknąć z historii. Wykwit myśli antysemickiej widziałem ostatnio na portalu Gazety Wyborczej. Jakiś antysemita domagał się od Żydów nieruchomości z których mógłby żyć nie pracując. To taka szczególna myśl ekonomiczna zakładająca, że kapitału się nie tworzy tylko bierze się go od Żydów. A podczas okupacji i zaraz po niej nie było przecież inaczej. Ile domów wznieśli Żydzi? One nie zniknęły. Na fejsie ktoś napisał mi, że władze lokalne obawiają się przyjazdu Żydów, gdyż ci mogą domagać się zwrotu domów. Dla mnie to nie jest odkrycie ale napisał to Żyd, którego przodkowie mieszkali w Puławach. On sam chyba w Polsce nie był. Może na wycieczce do obozu w Oświęcimiu.

Czy zdarzyło się komuś mijać wycieczkę chasydów? Przyjeżdżają do Polski odwiedzać groby sławnych cadyków. I tylko to ich interesuje. Tak przynajmniej sądziłem. Zero kontaktu. Mijają miejscowych jak niewidzialnych. Myślałem kiedyś, że to ich religijne skupienie ale to raczej strach i obcość. Trafiłem raz jadąc na cmentarz żydowski do Józefowa nad Wisłą na moment gdy kilka autokarów chasydów wyjeżdżało z Kazimierza Dolnego. Ci ludzi w swoim własnym gronie byli weseli, robili sobie pamiątkowe zdjęcia nad Wisłą. Ale wystarczy się zbliżyć by poczuć obecność muru. Jestem dla nich obcy i moja obcość ich nie interesuje. Ten mur rósł przed drugą wojną światową, podczas niej i później też. Już niemal nie ma ludzi dla których to byli sąsiedzi. Od dawna łatwo się pisze osobne historie miast. Wkrótce będzie można zupełnie ignorować istnienie żydowskich Puław, żydowskiej Końskowoli, Kurowa, Markuszowa, Baranowa, Kazimierza Dolnego, Janowca – ograniczę się tylko do powiatu puławskiego. I do niczego nie przyda się choćby takie wspomnienie kiedyś przeze mnie usłyszane:

Mąż był oficerem w jednostce w Puławach. Zabraniał mi kupować w sklepach żydowskich. Ale jak nie było pieniędzy to w tajemnicy przed nim szłam do krawców żydowskich żeby uszyli ubranka dla dzieci. Bo tak było taniej.

Czemu miało służyć całkowite zniszczenie cmentarza żydowskiego w Michowie, którego dokonano pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku? Czy nie wymazaniu tej części historii? Pozostaje jeszcze do wymazania informacja z wydanego w XIX wieku "Słownika geograficznego Królestwa Polskiego" o tym, że Michów był miastem żydowskim. A chodziło o to, że został wraz z majątkiem Rudno lub jego częścią zakupiony przez jakąś spółkę założoną przez osoby pochodzenia żydowskiego. Nie mogę się doczekać postawienia pomnika upamiętniającego ten cmentarz. Boję się, że może być zaraz zniszczony.

Na jedne potłuczenia są maści i opatrunki. Na inne nie ma lekarstwa. W moim przypadku to jak alergia na szarość. Potrzebuję kolorów, różnorodności. Polska monokultura jest czymś nowym. Jako miłośnik historii nie chcę się z nią pogodzić. Tak jak nie chcę się pogodzić ze znikaniem starych figur z kapliczek przydrożnych, z bylejakością i znanym od wieków pijaństwem. W XVIII wieku Polska była znana na zachodzie Europy z sobotniego pijaństwa chłopów i z czarnych chałatów chasydów w miasteczkach. To drugie zniknęło całkiem niedawno.

W ubiegłym tygodniu potrącił mnie samochód. Jeszcze tego samego dnia przejechałem 80 km ale chcąc pisać musiałem lewą rękę położyć sobie na klawiaturze przy pomocy drugiej ręki. Już następnego dnia ból był większy ale już ręka nie była tak bezwładna. Przez dwa dni chodziłem do pracy. Przez las, pieszo. To przyjemne by było gdyby nie komary. Tysiące kwiopijców czekało tam na mnie dwa razy dziennie. Rower po wymianie suportu mimo bólu przy wsiadaniu i zsiadaniu stał się ponownie głównym środkiem transportu do pracy. W sobotę uznałem, że mogę trochę pojeździć. Po równych drogach i nie za daleko – na wypadek gdybym jednak nie mógł jeździć. Pojechałem do Baranowa. Nad Wieprz. Wybrałem drogę może nie najkrótszą ale dla mnie najbardziej w tym momencie logiczną – przez mosty na Wiśle w Puławach i w Dęblinie. Najpierw jazda wzdłuż wału wiślanego.

Później do Wysokiego Koła bo na tej drodze mniej trzęsie.

Niebo nie mogło się zdecydować czy lać wodą, czy nie.

W Gniewoszowie przykład pożydowskiego majątku. Synagoga. Ale wiele domów wokół rynku też tu chyba jest pożydowskich. A na cmentarzach (dwóch) nie zachował się ani jeden nagrobek.

W Borku chciałem podjechać nad brzeg Wisły. Chciałem. Ładnie tam jest ale…

… jazda po płytach betonowych jest dziś dla mnie zbyt bolesna. Do asfaltu wróciłem pieszo.

Na Wiśle pod Dęblinem już widać piaszczyste łachy. Woda wyraźnie opadła. Zajechałem na cmentarz zapalić świeczkę na grobie ojca i dalej prosto do Moszczanki. Chyba coś tam w głowie po ostatnim wypadku zostało. Trochę się bałem tych niemal ocierających się o mnie samochodów na drodze krajowej. Chociaż miałem dojechać tak do Ułęża jednak zjechałem z krajówki już na wysokości Korzeniowa. Za duży hałas, za duży stres. A na drodze biegnącej wzdłuż Wieprza spokój. Przejechałem nią do Baranowa. Na łąkach nad Wieprzem jeszcze stoi woda. Od wczesnej wiosny. Widać, że jest jej mniej ale to trwa już bardzo długo.

Z Baranowa wyjechałem drogą do Kurowa.

Przyjemnie się rozglądało ale trzęsło. Za bardzo trzęsło. Na szczęście było trochę równego asfaltu. Może nie za wiele ale zawsze. Nasilił się wiatr. I to przeciwny. Zacząłem żałować, że nie wziąłem okularów. Owady nie unikały zderzenia. I było ich wiele. A na polach lato w pełni.

Być może rozwiązałem zagadkę tego dokuczliwego wiatru. Młode bociany w gniazdach podskakują i wymachują skrzydłami. Może to ich sprawka? Jest ich przecież dużo. W gniazdach za dużo by robiło to kilka na raz. Do Puław dojechałem przez Chrząchówek i Końskowolę. W tygodniu może jeszcze parę razy się przejadę w ramach treningów. Jak pogoda dopisze. Jak zdrowie pozwoli. Na razie się jeszcze trochę pokjuruję.

Pętelka

Lepiej się czułem. Niemal wcale nie odczuwałem bólu w prawej części ciała. Jeszcze w czwartek coś tam czułem ale już można było poskakać po wertepach. A uzbierało mi się kilka zaległych spraw. Np. odwiedzenie cmentarza żydowskiego we Włoszczowie (nie wiem dlaczego tak to na miejscu widziałem odmienione – jak pytałem o drogę do "Włoszczowej" nikt nie protestował). Miałem objechać Radom robiąc pętlę. Jako miejsce w którym mam skończyć zwiedzanie określiłem Przedbórz. Na trasie był Szydłów w którym przez zaniedbanie nie byłem w ubiegłym roku ani razu. Z grubsza cały wyjazd miał mi zająć ze zwiedzaniem czas do niedzielnego południa. Start przewidywałem o 3 rano i na tą właśnie godzinę ustawiłem budzik ;) – w ten sposób już na starcie miałem opóźnienie.

Wyjechałem po piątej rano. Jeszcze było chłodno (18 stopni). Jeszcze było mało samochodów na drogach. Jeszcze była cisza i był śpiew ptaków.

Jeśli nie pchał mnie wiatr to przynajmniej nie przeszkadzał. Tak było w Solcu…

w Tarłowie…

i w Ożarowie, gdzie zaszedłem na cmentarz żydowski by zobaczyć, że ktoś przewrócił jedną z macew. A macewy są tu piękne.

Do Opatowa pojechałem drogą najkrótszą mimo tego, że były znaki informujące o objeździe. Jeśli nie remontują mostu przecież da się jakoś to obejść. Właściwie nie wiem co remontują. Widziałem drogowców z lizakami, którzy dopiero się "rozstawiali" na jezdni. W Opatowie sfotografowałem tylko to co jest przy głównej drodze: Bramę Warszawską.

Do Staszowa droga jest rozbujana. Już było dużo samochodów na drodze. A ja podjeżdżałem, zjeżdżałem i tak w kółko. Zatrzymałem się na chwilę w Bogorii. W ubiegłym roku widziałem jak rzeźbiono lokomotywę. Teraz mogłem zobaczyć gotową rzeźbę.

W Staszowie interesował mnie cmentarz żydowski. Odnalazłem go bez trudu ale poszukiwania dziury w całym płocie spełzły na niczym. Na bramie umieszczona jest tabliczka z informacją z kim należy uzgadniać wejście na teren cmentarza. Ale ja nie lubię uzgadniać. Atakuję znienacka.

Na łąkach może już nie ma tych najpiękniejszych kwiatów ale są za to motyle (może akurat na zdjęciu to wcale nie motyl) …

…i inne barwne robale.

Droga do Chmielnika mnie zaskoczyła. Dawno tędy nie jeździłem. Dawno tu nie byłem. Kurozwęki są teraz omijane przez największy ruch samochodów. Mogiła powstańców została wyeksponowana – wcześniej była otoczona krzakami i dostrzegalna tylko z drogi głównej przez barierkę nad skarpą.

Nieco dalej stoi figura Jana Nepomucena zmasakrowana podczas malowania. Te czarne kropki zamiast oczu są wręcz upiorne.

W Kurozwękach też interesował mnie cmentarz żydowski. Porównując mapy przedwojenne z dzisiejszymi można mniej więcej określić jego lokalizację i dojechać w to miejsce. Istnieje wciąż polna droga na przeciwko cmentarza katolickiego, którą do tego cmentarza dochodzono. Nie pojechałem tam. Nagrobków nie ma i trudno jest bezbłędnie wskazać właściwe miejsce. Przydałyby się dokładniejsze stare mapy lub ktoś kto pamięta.

Na łące za Kurozwękami od strony Szydłowa stoi figura Floriana. Lokalizacja trochę dziwna. Zwykle stawia się je na terenie zabudowanym. Czy kiedyś tu stały domy?

W Szydłowie chyba najwięcej zmian. Poza nową drogą jest też ścieżka rowerowa biegnąca w stronę Chmielnika. Gdy byłem tu ostatni raz stare miasto było rozkopane – robiono kanalizację. Już jest chyba dawno po tych pracach ziemnych.

Tutaj też szukałem cmentarza żydowskiego. Na mapach umieszczono go zaraz przy rzeczce przepływającej pod murami starego miasta. Jego teren zapewne jest na tym zdjęciu.

Zakończono (na razie) prace przy freskach w kościele na przeciwko Bramy Krakowskiej. Może je teraz oglądać, a stażysta zatrudniony przy tym zabytku udziela informacji. Nie spodobała mi się informacja o pochodzeniu fresków. Podobno mieli je namalować artyści sprowadzeni z Ukrainy. Ale brakuje mi tu tego "rytu wschodniego". Styl najlepiej zachowanych fresków przypomina znacznie bardziej dzieła mistrzów z Europy Zachodniej. Nie widzę tu podobieństwa do ikon.

W Chmielniku "pro forma" podjechałem do synagogi. Bardzo się zdziwiłem widząc, że trwają prace przy jej remoncie. Została otynkowana. Trwają prace wewnątrz.

Zupełnie przez przypadek dojechałem w pobliże cmentarza żydowskiego. Kierowałem się na Kielce. Nie wiedziałem, że tą drogą szybciej dotrę do drogi krajowej. Tu nic się nie zmieniło. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Temperatury były już w okolicach 30 stopni. Najwyraźniej zdążyłem się odwodnić. Brakowało sił. Do tego samochody tutaj bardzo hałasowały. Na szczęście jest pobocze na które nie wjeżdżały. Tak bardzo chciałem zjechać z tej drogi, że o mało nie pojechałem na południe zamiast na zachód – pomyliłem drogi chcąc jechać do Chęcin. Na szczęście szybko się połapałem.

W Chęcinach najpierw zaszedłem na cmentarz żydowski. Zaszedłem, bo na moim rowerze ciężko byłoby tam wjechać. Cmentarz nic a nic się nie zmienił od mojej poprzedniej wizyty.

To już chyba jest tradycja, że nie zwiedzam w Chęcinach zamku. Rozkopany rynek.

Dalsza trasa zaprowadzić mnie miała do Małogoszcza. I może bym ja szybko przejechał ale w lesie między Bolminem i Bocheńcem dostrzegłem mały drogowskaz z napisem "Cmentarz wojenny". Ok. 300 m dalej, przy leśnej drodze tabliczka i cmentarz. Ale cmentarz dziwny. Groby otoczone słupkami z łańcuchami. Pomnik z podstawowymi informacjami. Dookoła mogiły teren wyłożony kostką. Ławeczka. I całość tak zarośnięta, że z daleka wcale tego nie widać.

W Małogoszczy chciałem zobaczyć mogiły powstańców. Wiadomości jakie znalazłem w sieci na jej temat wskazywały na miejsce przy murze cmentarnym. Rynek w Małogoszczy jest odnowiony i … Mają tam prawie plac defilad. Trudno o cień. Jadąc w stronę cmentarza zobaczyłem trzy stare domy nie pasujące do tego odnowionego centrum. I wydały mi się znacznie bardziej ludzkie niż ten rynek.

Zamiast zobaczyć co napisano na tablicy informacyjnej przy wejściu na cmentarz poszedłem szlakiem turystycznym przy murze cmentarnym. W ten sposób znalazłem cmentarz z I wojny światowej o którym nie czytałem wcześniej.

Obszedłem cmentarz dookoła. I mogiły nie znalazłem. Dlatego, że jej tam nie ma. Jest na terenie cmentarza, a przy bramie cmentarnej jest mapa cmentarza z zaznaczonymi mogiłami powstańców, partyzantów i cmentarzem wojennym który odnalazłem. Zostawiłem to sobie na inną okazję. Dojechanie do Przedborza w świetle dziennym już było wątpliwe ale jeszcze miałem nadzieję. To przyspieszenie było dość krótkie. W Ludyni wybrałem drogę na pewno nie główną. Wydawała mi się ciekawa ponieważ biegła przez lasy. Na pewno nie była bardzo uczęszczana. Na paru kilometrach mijałem tylko jeden skuter i jeden rower. Tylko asfalt… Wyglądał miejscami jak pamiątka historyczna po dawnej drodze. Przy tej drodze znalazłem kamień pamiątkowy po jednej z bitew powstania styczniowego, a obok cmentarz wojenny.

Na cmentarzu poza żołnierzami z I wojny światowej spoczywają też żołnierze Wehrmachtu. Na tablicy informacyjnej podano lokalizacje kilku mogił żołnierzy niemieckich z II wojny światowej w okolicach Ludyni. Jeszcze może kiedyś się w tych okolicach pokręcę. Namawiano mnie na oglądanie dworku w Ludyni ale spieszyłem się do Włoszczowa. Tak się spieszyłem, ze ciągle się zatrzymywałem :)

We Włoszczowie bez większych problemów odnalazłem cmentarz żydowski. Jest tam tylko jedna tablica pamiątkowa wystawiona po wojnie. Zniszczona.

Do Przedborza już nie miałem szans zdążyć przed zachodem słońca. Gdy opuszczałem Włoszczową już czerwona kula słońca wisiała tuż nad horyzontem, a miałem do przejechania 28 km. Po drodze zatrzymałem się na moment w Kluczewsku zaintrygowany pewnym budynkiem. Jeszcze nic o nim nie wiem ale ponieważ będę tam na pewno jeszcze raz (choć nie wiem kiedy) może jeszcze czegoś o nim się dowiem.

W Przedborzu była już noc gdy tam wreszcie dojechałem. W zasadzie chciałem tylko zobaczyć gdzie jest cmentarz żydowski i czy jest dostępny do zwiedzania. Tego drugiego jeszcze nie wiem. Ale jak dojechać już wiem. A jak już była noc to pozostało mi tylko wracać. Miałem zaplanowaną trasę bocznymi drogami do Żarnowa. Nigdy tymi drogami nie jeździłem. No i w nocy dodatkowym problemem są psy. Plan przewidywał, że z Żarnowa pojadę przez Białaczów do Gowarczowa i dalej przez Drzewicę do drogi krajowej 48, która miała mnie zaprowadzić do Kozienic. To był plan z którego zrezygnowałem. Uznałem, że droga krajowa 42 do Końskich też jest atrakcyjna. A droga przebiegająca przez Gowarczów zaczyna się w Końskich. Ruch był mały. Wiele lasów. Przy drodze mijałem kilka saren czekających aż przejadę. Dziwne są te zwierzaki, jakbym się zatrzymał od razu by uciekły.

Na postojach mogłem oglądać rozgwieżdżone niebo. Lubię to bardzo. Powoli odzyskiwałem siły po upalnym dniu. Bardzo powoli. Przy skrzyżowaniu dróg krajowych rzuciłem tylko okiem na tablicę informacyjną i zamiast "Kielce" przeczytałem "Końskie". Po kilkuset metrach zrozumiałem swój błąd i zawróciłem na właściwą drogę. Uświadomiłem też sobie, że chcąc objechać Radom nie muszę jechać przez Drzewicę. Mogłem pojechać przez Przysuchę do Potworowa – tak jest krócej. Do tego na drodze do Warszawy (tej przez Drzewicę) zawsze widziałem dużo samochodów. Na drodze do Przysuchy znacznie mniej. Obie drogi zaczynają się w Końskich. Po raz kolejny więc zmieniłem plan. A w Przysusze zobaczyłem, że teraz siły wyższe mi go znów zmieniają – nie było przejazdu do Klwowa. Do Potworowa był objazd. Pojechałem więc nocą po wertepach. Na szczęście wszystkie wsie były oświetlone co ułatwiało przejazd.

Gdy już horyzont się zaczerwienił na wschodzie stanąłem na chwilę by coś zjeść. Obok sosnowego młodnika. Ptaki zaklinały słońce by się pojawiło na niebie, a ja pochłaniałem rodzynki. Kilka garści. Wcześniej zjadłem jednego banana. To było wszystko co jadłem podczas tego wyjazdu. Rzadko jestem głodny podczas jazdy. Za to spragniony zawsze. Do Potworowa dojechałem gdy już było dość jasno. Wkrótce jechałem nad łąkami zalewanymi wodami Pilicy.

Słońce uniosło się nad horyzontem. Gdy byłem kilka kilometrów przed Białobrzegami świeciło na wprost. Uświadomiłem sobie, że przez to stałem się niewidoczny i zjechałem do zatoki autobusowej. Spokojnie zapaliłem. Przygotowałem sobie picie (mieszałem sok z wodą w bidonie). Zmieniłem okulary z bezbarwnych na przyciemnione. I jak teraz myślę – powinienem był jeszcze schować przednią lampę bateryjną. Czas jaki by mi to zajęło może by wystarczył by samochód który zaraz mnie potrącił przejechał spokojnie do Białobrzegów. Nie wiem właściwie dlaczego doszło do tego potrącenia. Może faktycznie kierowcę jeszcze oślepiało słońce? Tak mówił. Ale świadkowi jadącemu z naprzeciwka podczas tego zdarzenia powiedział, że "myślał że się zmieści". Gdyby nie miał lusterka może by się zmieścił. Spieszył się do pracy. Ale przynajmniej się zatrzymał i chciał dzwonić po karetkę. Tylko ja nie miałem nic złamanego. trochę otarć i… stłuczone żebra z drugiej strony niż dopiero co zaleczone. Gdy już odjechał zauważyłem krew lejącą się z rękawiczki – miałem głęboko rozciętą dłoń. Ale rana nie była rozległa. Tyle, że do Puław (80 km) wciąż krwawiła. Winne były wstrząsy i gripy (a raczej zmienianie przełożeń co rozciągało skórę i otwierało ranę). To nie była jedyna krwawiąca rana ale pozostałe były powierzchowne. Najgorzej z żebrami – bolały na wybojach, bolały podczas wsiadania i schodzenia z roweru. Pocieszałem się tylko tym, że w domu mam jeszcze krem, który poprzednio mi pomógł. Teraz mam jeszcze problem z uniesieniem lewej ręki ale do pracy się jeszcze nadaję – palce są sprawne. I pewnie będę chodził do pracy zamiast jeździć. Przynajmniej przez parę dni. Może w tym czasie załatwię wymianę wkładu suportu. Pod warunkiem, że będę mógł rower wynieść z piwnicy. Na razie tego zrobić nie mogę – jest za ciężki na moje obolałe ciało. Ostatnie kilometry z Góry Puławskiej do Puław przeszedłem. W mieście trudno jest jechać płynnie, a nie mogłem też sygnalizować skrętu w lewo.

Wszystkie drogi prowadzą do Stąporkowa

Plan miałem ambitny. Chciałem objechać Kielce. Chcieć a móc to jednak zupełnie co innego. Wloką się za mną konsekwencje wywrotki sprzed ponad dwóch tygodni. Tylko jak się wygodnie rozsiądę zapominam o tym i stąd plany wychodzą nierealne.

Ruszyć chciałem przed piąta rano. Poczekałem jednak aż znikną mgły za oknem. A chociaż za oknem zniknęły to jeszcze wiele ich było na drogach. Choćby na moście nad Wisłą.

A ponad mgłami świeciło słońce. To trochę mnie nawet niepokoiło. Prognozy mówiły o zachmurzeniu i możliwych opadach deszczu. A na wypadek braku chmur zwykle zakładam bluzę z długim rękawem – i tak już jestem przez słońce wypalony, a moja skóra chyba tego nie lubi. Im dalej na zachód odjeżdżałem od Puław tym więcej chmur miałem nad głową. Jeszcze w Wierzbicy gdzie chciałem rzucić okiem na stare cmentarze było chmur mało. Ale później… niebo było już szczelnie przysłonięte. A te cmentarze… Jeden to podobno cmentarz epidemiczny. O drugim jeszcze nic nie wiem. Oba są typu wczesnowiosennego. W okresie wegetacji wchodząc na ich teren mijałbym się z celem. W dżungli ciężko jest cokolwiek odnaleźć. A i z dojściem jest problem.

O cmentarzu epidemicznym w Wierzbicy wspomniała kiedyś szkieletek na forum eksploratorów. I tak mi się od czasu do czasu przypominało. Szczególnie gdy przejeżdżałem przez Wierzbicę – czyli parokrotnie w tym roku. Tak przy okazji to właśnie sobie uświadomiłem, że nie słyszałem o cmentarzu żydowskim w Wierzbicy. Trzeba będzie poszukać. Może i taki tu był. Polska zrobiła się po II wojnie światowej tak monokulturalna, że aż trudno uwierzyć, że było tu wcześniej zupełnie inaczej. Inność była na każdym rogu. A teraz wystarczy, że coś lekko odstaje i już wybucha nienawiść i pojawia się agresja. Wszystko ma być wszędzie takie samo. Nuda.

Z Wierzbicy pojechałem do Szydłowca. Ale nie zdecydowałem się na podjazd do Huty i jazdę przez Końskie. Chciałem spróbować czegoś innego i w tym celu musiałem pojechać do Chlewisk. Gdy już byłem na rondzie w Szydłowcu z którego miałem zjechać na właściwą drogę mocno się zdziwiłem widząc samochód sygnalizujący skręcanie na rondzie i nie sygnalizujący zjeżdżania. Stara szkoła. Bardzo stara. Najświeżsi kierowcy sygnalizują i jazdę po rondzie i zjeżdżanie. To ułatwia przechodzenie pieszym przez przejścia jak i rowerzystom przejazd gdy muszą poruszać się po ścieżkach rowerowych. A tu takie zaskoczenie. Do tego kierowca tego samochodu stanął zaraz za rondem i pytał mnie czy to droga do Przysuchy. A były drogowskazy. Nie. Nie czuję się bezpiecznie na drodze. Nawet gdy tacy kierowcy jeżdżą nowymi i sprawnymi samochodami. Dobrze, że pojechał przede mną. Nie widział drogowskazów to mógłby nie dostrzec rowerzysty.

W Chlewiskach miałem zamiar choć raz rzucić okiem na tamtejszy pałac. Jest w nim hotel więc zwiedzanie wnętrz odpada. Ale gdy zobaczyłem tablice informacyjną przeszło mi.

5 zł za wejście na teren parku. Ja rozumiem, że właściciel chce zarobić. Ale nie na mnie. Jeszcze nie uprawiam komercyjnej turystyki. A i pałace tak średnio mnie interesują – tym łatwiej mi zrezygnować ze zwiedzania. Ale pierwsza myśl była taka: jak chcecie żebym zapłacił to pałac nie będzie istniał na mojej stronie internetowej. No i nie będzie istniał. Tak jak wiele innych pozamykanych i niedostępnych. Dobrze, że jeszcze przyroda nie została sprywatyzowana.

Kwiatka sfotografowałem pod cmentarzem na którym spoczywają mieszkańcy wsi Skłoby. 246 mężczyzn w wieku 16-60 lat. Wieś spalono. Było to 11 IV 1940 r. Okoliczności tego zdarzenia jeszcze nie znam. Tylko Hubal chodzi mi po głowie – to on tak wkurzył Niemców?

Ten cmentarz był dla mnie punktem orientacyjnym. Przed nim znajduje się droga którą miałem zjechać z drogi głównej. Od tego momentu zaczęło się poznawanie nowych miejsc. Może nie są jakoś szczególnie ciekawe historycznie ale zmasowana obecność drzew i spokój to jest to czego potrzebowałem. Jechałem do Ruskiego Brodu. Tam znów miałem wjechać na drogę znaną. Było dziwnie. Jakiś wiekowy rowerzysta zapytał mnie czy jest ktoś w sklepie. A ja nawet sklepu nie widziałem. Musiał nie mieć szyldu. A przecież wszędzie teraz są obwieszone reklamami, widoczne z daleka. Tutaj zaś są jak tajemnica poliszynela – miejscowi wiedzą. I chociaż widziałem wiele domków letniskowych to raczej nie nastawiono się tu na obecność turystów. Są jeszcze takie miejsca. I to nie tylko na dalekim wschodzie Polski. Tu było blisko jej centrum.

W Ruskim Brodzie pomknąłem w stronę Końskich ale tylko do zjazdu do Gowarczowa. Ten odcinek poznałem całkiem niedawno. Spotkałem tylko jednego rowerzystę na szosówce. Kilka samochodów. Chociaż to droga wojewódzka to jednak było spokojnie. Można było się wsłuchać w las i szum opon. Na bocznej drodze do Gowarczowa było trochę gorzej – wertepy. Ale ruch jeszcze mniejszy. Od poprzedniego mojego przejazdu zalepiono dziury. Zatrzymałem się na chwilę na leśnym parkingu.

Na końcu lasu zauważyłem, że leśnicy mają tu przedszkole dla zwierzaków. Poprzednio tylko przemknąłem – było z góry. Teraz podjeżdżając zerknąłem przez płot. Tutejsze sarny zachowują się tak samo jak dzikie. Jadący rower ich nie rusza. Ale jak stanie to jest powód by zacząć uciekać. No i uciekły mi spod płotu gdy się zatrzymałem.

Z Gowarczowa przez Petrykozy do Białaczowa. W Gowarczowie znów rozglądałem się za cmentarzem żydowskim ale nie wziąłem z sobą wydruków przedwojennych map i nie miałem podstaw by jakąś część łąki określić jako cmentarz.

Zaintrygowała mnie jednak kapliczka z 1942 roku. Przy niej jest zagrodzony (sznurkiem chyba) teren. Być może gruntowa droga przy której kapliczka stoi biegła przy cmentarzu żydowskim. Teraz jednak nie tylko jest ona mokra ale też rozjeżdżona przez ciągniki. Może kiedyś jeszcze się tu pojawię i dowiem się więcej. Na razie miałem inne plany i ruszyłem w dalszą drogę. Właśnie w drodze zauważyłem, że mijany poprzednio dwór w Giełzowie, który wydawał mi się mało "dworski" jednak na dwór wygląda. Tylko ogrodzenie jest bardziej majestatyczne niż sam dwór. Zdjęć nie robiłem. Szkoda czasu. Za to nie było mi go szkoda dla motylków.

Przejeżdżając przez Białaczów zauważyłem budynek który wyglądał mi na ratusz. Data umieszczona na ścianach i na szczycie budynku jest z końca wieku XVIII. Budynek stoi w centrum rynku. Mieści się w nim m.in. biblioteka. Dopiero będę musiał poszukać informacji o Białaczowie. Za pierwszym razem "rzucałem okiem" na niedostępny pałac, o którym nadal nic nie wiem.

Właśnie przy pałacu zaczyna się droga do Ossy, którą podczas planowania przejazdu polecały mi rowerowe mapy Google. Droga z tych miłych. Mały ruch. Lasy. Widząc kartki w koszulkach przyczepione do drzew z napisem "Pomnik Kowalów" i strzałką pojechałem we wskazanym kierunku leśną drogą gruntową. Nie do końca może była gruntowa. Około 100 lub 200 metrów od wjazdu pojawił się stary bruk. Ale po 900 metrach znów znalazłem kolejną kartkę już bez strzałek. Może oznaczała, że należy jechać dalej? Nie wiem. Nie sprawdziłem. Pomnika nie było widać, a ja już miałem opóźnienie w przejeździe sięgające dwóch godzin. I nie wiedziałem jak będzie wyglądać dalsza droga do Żarnowa – na mapach jej nie miałem.

Ossa to osada przy samym wale zbiornika retencyjnego. Po drugiej stronie zbiornika biegnie droga wojewódzka z Opoczna do Żarnowa. Jeździłem nią dwukrotnie. Po tej stronie byłem pierwszy raz. I wpakowałem się w piaszczystą drogę gruntową. Miejscami grzązłem w piachu i musiałem schodzić z roweru. Tak przez może 300 – 400 m. Później – gdy już skończyły się domy – droga była w lepszym stanie. I zaraz się skończyła. Zaczął się asfalt w Nadole. I to równiutki asfalt. Przy drodze trochę kapliczek z początku XX wieku. Że jadę dobrą droga przekonałem się widząc drogowskazy wskazujące Dom Pomocy Społecznej w Niemojowicach. Takie same widziałem wcześniej w okolicach Żarnowa. Przyzwyczaiłem się, że DPS-y często są w dworkach. Myślałem, że i tutaj jest podobnie ale jednak nie. Tu jest ogrodzony wysokim płotem nowoczesny budynek pośród pól. Miejsce ładne ale to ogrodzenie trochę mnie zaniepokoiło. Na tej drodze też spotkałem kogoś na szosówce. Równe drogi przyciągają cienkie koła. Ja już wiem, że to nie dla mnie rowery. Jeżdżą szybko i lekko jakbym chciał ale trudno jest na nich spontanicznie zapuszczać się w drogi leśne czy dziurawe. A i większość ich kierowców skupiona jest bardziej na tym co robi niż na tym co mija. Trochę do tego zmusza pozycja aerodynamicznie spychająca wzrok na przednie koło.

Do Żarnowa dojechałem do strony Końskich. To mnie trochę zdziwiło. Ale najważniejsze, że dojechałem. Plan miałem prosty: jadę do lasu w którym był cmentarz żydowski, wchodzę głęboko między drzewa i szukam jakichkolwiek śladów. Macew, o których pisał Burchard już nawet nie spodziewałem się tam znaleźć. Po ponad 30 latach mogły "zniknąć". To co znalazłem to niemal kompletny obrys cmentarza w lesie. Zachowały się resztki kamiennego muru. Są nawet widoczne z drogi biegnącej skrajem lasu ale nie zwróciłem na to uwagi ani podczas poprzedniej wizyty ani teraz gdy przejeżdżałem obok nich ponownie. Burchard napisał, że na części cmentarza powstało boisko. To boisko to teraz polanka w lesie. Ale faktycznie część ogrodzenia w okolicach tej polany jest zniszczona. Na zdjęciu kawałek ogrodzenia przy samym dawnym boisku. Teren wewnątrz ogrodzenia nosi ślady wielokrotnego dawnego rozkopywania. Poza tym jest miejscami gęsto zarośnięty. Zwykły las tylko z resztkami muru.

Dalej miałem pojechać do Przedborza i jeszcze dalej ale… Bardzo mi dokuczał ból barku. Wzmagał się na nierównościach. Tak samo ból żeber. Nie wiedziałem w jakim stanie będzie dalsza droga. Droga powrotna (od Chęcin do Puław) na pewno nie było równa. Zwątpiłem w to, że dam radę. Zaplanowany na południe następnego dnia powrót też wydawał się zbyt odległy. Odłożyłem plan więc do szuflady planów niezrealizowanych i rozpocząłem powrót. Przez Końskie. Ale miałem zamiar ominąć Stąporków. Wg map mogłem w Koziej Woli pojechać w górę i zjechać do Niekłania skąd już drogę do Szydłowca dobrze znałem. Pojechałem więc przez Kozią Wolę. W drodze do Smarkowa przeleciał mnie deszcz. Przelotny rzecz jasna. Miejscami z deszczu wjeżdżałem na suchy asfalt. Słońce cały czas świeciło. W Smarkowie tak miałem, że przemoczony wjechałem do wsi w której nie spadła chyba ani jedna kropla deszczu ale po 300 m już były świeże kałuże i jeszcze kropiło. Przy tych leśnych drogach jest wiele pomników. Najwięcej chyba upamiętniających miejsca straceń z czasów niemieckiej okupacji podczas II wojny światowej. Ale też inne. Za Smarkowem pomnik pomordowanych mieszkańców wsi i partyzantów (z oddziału "Ponurego") poległych w 1943 roku w walce z pacyfikującą wieś żandarmerią. Nazwiska partyzantów z pomnika chyba widziałem wcześniej na cmentarzu w Końskich.

Obok pomnika w trawie czaił się robal. Nie chciał pozować. Wciąż chował się za źdźbłami trawy. Wstydliwy jakiś.

A komary żarły jak wściekłe. Znów miałem krew na nogach. Teraz to nawet i na twarzy ale to zobaczyłem dopiero w domu.

Za Smarkowem jest rozjazd. Logiczne wydało mi się, że powinienem pojechać w prawo – byłem przecież ponad Niekłaniem. Ta moja "logika" odbiega chyba nieco od logiki map. Rozpoczęły się przyjemne zjazdy. Mijałem pomnik w Wielkiej Wsi. Pomnik pomordowanych podczas wojny mieszkańców. I to mi nawet pasowało do map, bo miałem jechać przez Wielką Wieś. Tylko ona była za lasem, a ja miałem przez nią przejeżdżać.

Przyjemnie rozpędzony na zjazdach i rozleniwiony nie pedałowaniem byłem zaskoczony widząc tablicę z napisem "Stąporków". To było to miejsce które tak pracowicie starałem się ominąć. Dopiero teraz dokładniej przyjrzałem się mapom szukając miejsca w którym popełniłem błąd. To był rozjazd w Smarkowie. Trzeba było pojechać w lewo. Trzeba było… Nie zresetuję już tych zjazdów. Pozostało mi tylko znów powoli podjeżdżać do Niekłania tylko tym razem drogą znaną mi już dość dobrze.

Na końcu Niekłania stała grupa terrorystów przygotowana do blokowania drobi. Blokada miała być rozciągnięta przed samochodami z nowożeńcami. Taka tradycja. Bez okupu nie przejadą. Ale trochę im brakowało fantazji. 4 lata temu widziałem pod Pakosławiem lepiej przygotowanych. Mieli niebieski samochód z naklejonym białym pasem. Czapki milicyjne, takie jeszcze chyba z PRL i suszarki (kable im zwisały). Robili to samo ale przynajmniej z fantazją. W ogóle ta blokada w Niekłaniu przypomniała mi, że w Pakosławiu byłym ostatni (i pierwszy) raz 4 lata temu. Ponowne odwiedziny to chyba dobry pomysł na powrót do Puław. Nie będę snuł się kilometrami po trasie, którą jechałem kilkanaście godzin wcześniej tylko w przeciwną stronę.

W Szydłowcu chciałem ominąć centrum. I nie wyszło.

Ale dalej pojechałem czarnym szlakiem rowerowym. Nie mam go na mapie okolic Radomia. Niby mapa z 2012 roku, a nie ma na niej wielu zmian, które zaszły w terenie w ostatnich latach. To że ten czarny szlak towarzyszył mi do Iłży to zupełny przypadek. Przecież nie wiedziałem dokąd prowadzi. A w Szydłowcu uznałem, że może poprowadzi mnie na stację kolejową – biegł we właściwym kierunku.Tak samo w tym kierunku jechał ktoś w dresie na dziwnym rowerze. Koła od "szosy" reszta z crossa. Idea aerodynamicznego roweru i aerodynamicznej pozycji rowerzysty legła w gruzach. Ślepa uliczka ewolucji, która doprowadziła do wynalezienia roweru poziomego. A właśnie zdaniem kustosza muzeum dziwnych rowerów w Gołębiu osiągnięcia rowerów poziomych to "oszustwo" wykorzystujące wiedzę o aerodynamice i ergonomii. Od lat zastanawiam się na "poziomką" ale nie wiem czy czułbym się na niej bezpiecznie – siedzi się przecież niżej i mniej się widzi.

Odszedłem od tematu. A tematem jest teraz jazda do Pakosławia. Dokładnie to chodzi o to, że w Pakosławiu w 1915 roku rozpoczął się szlak bojowy Legionu Puławskiego – polskiej formacji wojskowej walczącej po stronie Rosji carskiej. Pomnik stał 4 lata temu w sąsiedztwie drzew przy drodze gruntowej. Dojechałem do niego od strony Szydłowca. Na mapie okolic Radomia droga nadal jest gruntowa. Ale tylko na mapie. Pomnik jest za tymi drzewami…

… a droga już nie jest gruntowa. Automat w aparacie rozjaśnił mi zmierzch.

Nie tylko utwardzono drogę ale też wycięto kilka drzew. Szkoda. A już się zaczynała noc. Zachód słońca nad Pakosławiem.

Gdzieś w tych okolicach padła mi bateria w telefonie i endomondo zakończyło zapis trasy. A do Puław miałem jeszcze parę kilometrów. Widać, że zaczęły się wakacje. Młodzież na ulicach i pod sklepami. Często podpita. Drą się na rowerzystę. Zaczepiają. Krzyczą też z samochodów przez otwarte okna. To nie jest przyjemne. Jakoś te dwa miesiące trzeba będzie się z nimi przemęczyć. Czasami zdumiewała mnie moc oparów alkoholu unoszącego się z ich wydechów. Ale to dopiero początek. Ubędzie im kasy i trochę się uspokoją z piciem. Ale na pewno nie wszyscy. Też taki kiedyś byłem. Ale wiem, że nie wszystkim to przechodzi z wiekiem.

Do Puław pojechałem drogą, którą dawno nie jeździłem. Tzn pojechałem z Kazanowa do Zwolenia i dalej drogą krajową. Mijało mnie wiele TIR-ów. Wiele z nich przewoziło i roztaczało za sobą zapach truskawek. Pod koniec trasy pokazał się fragment księżyca. Był czerwony. Lato. Ale upał mnie tego dnia i nocą ominął. To dobrze. Tak lepiej się jeździ. Tylko wciąż na polach i na polnych drogach stoi woda. Może warto powrócić do pomysłu uprawy w Polsce ryżu? W puławskim IUNG-u już kiedyś próbowano.

Klasyczna zabawa w dwa mosty

Niedziela. W poniedziałek do pracy po długim urlopie. Nie mogłem sobie pozwolić na długi wyjazd. Zwłaszcza, że rano była zapowiadana w prognozach burza. Później też miało padać ale mniej. A przy temperaturach powyżej 20 stopni to właściwie bez znaczenia. Tyle tylko, że gdy będzie padać nie porobi się zdjęć. Chciałem pojechać i wrócić do dwudziestej. Wydawało się to całkiem realne. Zaraz po starcie, jeszcze przed Kazimierzem Dolnym zaczęło padać. I to trochę więcej niż symbolicznie. Okazało się, że jest to jednak problem. Wcześniejsze burze wypłukały wiele dróg gruntowych w Kazimierzu. Na jezdni była gruba warstwa lessów. Miejscami rozjeżdżona przez samochody na wodnistą papkę. Chyba liczyłem na to, że się nie ubłocę podczas tego wyjazdu. A ubłociłem się już na początku. Udało mi się w wyższych partiach terenu opłukać łańcuch z tej brei ale siebie i reszty roweru już nie. Mogłem kupić po drodze wodę i się opłukać (i rower też) ale chmury wciąż straszyły nowymi opadami nawet gdy już padać przestało. A przestało gdy już byłem za Wilkowem. Od tego momentu przestałem tylko jechać ale też trochę więcej się rozglądać. Bo same kałuże to mało ciekawe jakoś. Nawet gdy jest w nich trochę nieba.

Najpierw pojechałem rzucić okiem na przeprawę promową w Kamieniu. Właściwie to Kępa Gostecka. Myślałem, że to w tym miejscu budowany jest nowy most na Wiśle. Błąd. Przeprawa działa sobie jak działała i nie ma tu żadnych prac budowlanych. Są za to łąki :)

Są też kałuże i widziałem też jedną zdziczałą wiśnię. A na niej już sporo dojrzałych owoców. Kwaśne.

W sadach są większe i pewnie słodsze. Może jutro się kupi – naszła mnie straszna ochota na wiśnie, a truskawki już się przejadły.

Sprzęt budowlany mijałem w samym Kamieniu. To tam będzie most i dojazd do niego. A z Kamienia jest rzut beretem do Piotrawina z zabytkowym kościołem.

W Piotrawinie najbardziej lubię zatrzymywać się w punkcie widokowym nad kamieniołomami. Widać stąd którędy będę wracać.

Tak przy okazji było tu trochę kwiatów i owadów. Komarów mało. Te najczęściej czatowały na skraju lasów.

Dalsza trasa prowadziła przez Józefów nad Wisłą i dalej w stronę Annopola ale nie do samego Annopola. Ten ominąłem jadąc przez Kopiec. Z tym Kopcem miałem kiedyś problem. W Annopolu, od strony Kopca jest kopiec. Duży ziemny kopiec porośnięty drzewami i kiedyś ogrodzony. Za duży na mogiłę. Mało naturalny. Przypadkiem zapytałem kiedyś o to znajomego, który kiedyś pracował w puławskim IUNG-u. To podobno naukowcy z tego instytutu ten kopiec wymyślili. Chyba w latach siedemdziesiątych usypano kopiec ze śmieci z gminnego wysypiska, przysypano ziemią i nasadzono drzewa. Miejscowość Kopiec w pobliżu to tylko zbieg okoliczności.

Na moście na Wiśle jest ruch wahadłowy – remont. W niedzielę remontu nie ma ale wahadło chodzi. Pojechałem chodnikiem by nie stać czekając na zielone. Na środku mostu chwilę pogadałem z ludźmi z Krakowa lub okolic. Jeszcze nie widzieli tak szerokiej Wisły. Pytali czy czysta, czy można się kąpać. Może tam gdzie jest węższa to można się kąpać. Wiem, że ludzie się kąpią ale sam odradzam. Ta rzeka nie jest czysta. Przynajmniej tu i dalej w stronę Bałtyku. Po krótkiej pogawędce każdy ruszył w swoją stronę. Dla mnie zaczynał się powrót. Najpierw miałem przejechać pod Skarpą Biedrzychowską. Lubię tędy jeździć. Mały ruch samochodów i "piękne okoliczności przyrody".

Na końcu skarpy jest miejscowość Nowe. Z niej przedostać się miałem do Słupi Nadbrzeżnej. Ale uznałem, że nie dam rady podjechać. Gdy już stanąłem stwierdziłem, że lepiej bym zrobił jednak jadąc ale chyba już było za późno. Powietrze wypełniało bzyczenie krwiopijców. A moje ręce i nogi zaraz pokryły się ich krwią.

Po dojechaniu do Słupi Nadbrzeżnej miałem do wyboru dwie drogi. Obie się łączyły parę kilometrów dalej. Ciekawsza jest prowadząca nad brzeg Wisły. Chyba chciałem rzucić okiem na kościół obawiałem się tylko tego, w jakim stanie jest tamtejsza droga gruntowa. Po deszczu mogło być nieciekawie. Mimo tego pojechałem ostrym pokręconym zjazdem po bruku. A na samym dole zamiast drogi gruntowej miałem drogę asfaltową. Chyba dawno mnie tu nie było. Przy kościele się nie zatrzymałem. Pod nim trwał właśnie festyn. Orkiestra zapowiadała walczyka, a ja bez zatrzymania przejechałem dalej. Pewnie nie było warto zjeżdżać tu i zaraz znowu podjeżdżać. Ale przynajmniej wiem już, że jest tu asfalt. Nie ciągnie się daleko. Do cmentarza na szczycie skarpy. Kończy się zaraz za figurą z 1900 roku.

Przejazd przez Leopoldów też się zmienił. Kiedyś droga tu była wysypana czarnym żużlem. Koszmarnie to wyglądało w suchy dzień po przejeździe samochodu. Czarne chmury pyłu. Na szczęście zwykle kierowcy zwalniali widząc, że ktoś idzie lub jedzie na rowerze. Teraz jest wysypany piach z jakimiś kamieniami. Prawie 3 km. Dziur w kałużami niewiele. Dało się po tym jechać w miarę szybko. Zaraz przed Julianowem zaczynał się asfalt i dochodziła ominięta przeze mnie droga z Tadeuszowa. Za Julianowem pojechałem skrótem przez pola i lasy do Tarłowa. nawierzchnia taka sama jak w Leopoldowie.

Pojawiło się już słońce i świeciło mi do końca trasy.

Ponieważ nie lubię w dzień jeździć drogami głównymi w Tarłowie odbiłem w stronę Wisły. Przejechałem dokładając pewnie parę kilometrów przez kilka różnych Ciszyc i w Woli Pawłowskiej przez rzekę Kamienną wpadającą w pobliżu do Wisły. Już się spieszyłem. Żeby być na dwudziesta w Puławach musiałem w Solcu nad Wisłą być przed osiemnastą. To mi się nie udało. Osiemnastą miałem w Raju.

W Solcu byłem kilka minut później. A most z Kamienia chyba będzie dochodził do Kolonii Raj. Nie sprawdzałem do której z dróg wojewódzkich które tam kończą się na Wiśle. Godzina dziewiętnasta zastała mnie w Lucimi. Zanim tam dojechałem zatrzymałem się na moment na moście nad Zwolenką.

Do Janowca dojechałem zmęczony na tyle, że uznałem wyższość podchodzenia pod górę nad podjeżdżaniem. Do podchodzenia wybrałem drogę którą i tak bym nie próbował podjeżdżać – jest krótsza.

Po drodze mogłem opędzając się od chmar krwiopijców zrobić szybkie zdjęcie zamku.

Teraz znów miałem do wyboru dwie drogi, które parę kilometrów dalej się łączą. Krótszą z wieloma dziurami, samochodami i podjazdami oraz dłuższą na której tego wszystkiego było mniej. Wybrałem dłuższą. Bo jak się człowiek spieszy to nie może pójść na łatwiznę. Pojechałem więc przez Wojszyn i Nasiłów. Przynajmniej było przyjemnie. Pięć po dwudziestej byłem w Górze Puławskiej. Na swoim osiedlu piętnaście minut później. 20 minut opóźnienia to niezły wynik. Zwykle liczę je w godzinach, a nie w minutach. Ale to dotyczy dłuższych tras z rozrysowanymi miejscami do odwiedzenia lub odnalezienia. Takie trasy będą teraz tylko w weekendy. I zniknę z "topu" na bikestats. Już nie będę miał tyle czasu na jeżdżenie. W sumie jednak choć ten urlop zupełnie nie spełnił moich oczekiwań był całkiem przyjemny. Z wyjątkiem wypadku i jego skutków. Ale to było w tygodniu ostatnim i jakoś mimo tego też pojeździłem.

Po bólu (prawie)

Po ostatniej wywrotce próbowałem trzykrotnie jeździć. Dopiero za trzecim razem ból nie kazał mi zejść z roweru. Przekonałem się do żelu Diclac. Nie jest tak skuteczny jak zastrzyki z tramalu ale działa i jest bez recepty. To istotne, bo gdy ból był najsilniejszy próbowałem dostać się do lekarz i w najbliższej przychodni do której z trudem doczłapałem nie mogli mnie przyjąć "z braku numerków" – cokolwiek to znaczy. Najważniejsze, że w czwartek udało się wreszcie pojechać. Na wertepach bolało. Roweru nie podniosę. Ból się wzmaga gdy mam zadyszkę więc nie mogę szaleć na podjazdach ani jechać szybciej niż w tempie rekreacyjnym. Te ograniczenia wpłynęły na moją decyzję by nie pchać się z rowerem na kolejne forumowe spotkanie. Ale jeździć się chciało. Po tylu dniach niemal bez ruchu pragnąłem tego jak kania dżdżu.

Założenia były takie, że trasa nie może być daleka i ma przebiegać po w miarę równych drogach. To drugie nie do końca się udało. I jeszcze cel. Bo przecież najbardziej lubię jeździć do celu. Cel to cmentarz wojenny w Izdebnie. Wybieram się do niego od paru miesięcy i zawsze jest nie po drodze. No to teraz specjalnie tylko tam. Po rozrysowaniu trasy na mapie wyszło mi ok. 103 km w jedną stronę. Wiedziałem, że wracając wybiorę inną drogę – nie lubię wracać tą samą. Tego jednak nie planowałem. Coś się wymyśli podczas jazdy.

Start przed szóstą rano. Nowa komórka z nową baterią mają pokazać jak długo pociągną z endomondo. Ja mam sprawdzić, czy dam radę – mogę nie dać. Na dworze przed piątą była temperatura pokojowa. Do jedenastej była już dwupokojowa. Zacząłem od jazdy ścieżką rowerową do Bochotnicy. Po piątej droga asfaltowa do Bochotnicy jest już pełna samochodów, a ja nie miałem ochoty na słuchanie ich silników. Śpiew ptaków był znacznie bardziej kuszący.

Droga z Bochotnicy do Nałęczowa była zaskakująco pusta. Kilka samochodów, może kilkanaście. By nie wspinać się pod Armatnią Górę wjechałem w boczne drogi tak by skrócić sobie przejazd do Nowego Gaju i dalej do Wojciechowa. To nie był wybór najlepszy. Na tym skrócie w Nałęczowie nawierzchnie jest z trelinki i płyt betonowych – trzęsło. Za Nałęczowem droga do Nowego Gaju już jest tak zmasakrowana, że trzeba uważać nie tylko na dziury ale i na jadące z naprzeciwka samochody. Tu wszyscy skupieni są na omijaniu dziur i mogą nie dostrzec rowerzysty, a może i innego samochodu. W ubiegłym roku w Nowym Gaju rozpoczęto remont drogi. Nie wiem na czym on polegał bo nie ma nowego asfaltu. Tylko kawałek betonowy wydaje się równiejszy.

Z Bełżyc nie kierowałem się jak zwykle w stronę Bychawy. Miałem zamiar sprawdzić jak da się przejechać właśnie z ominięciem Bychawy. W Babinie mijałem jakiś pałacyk w ogrodzonym siatką parku (trzeba będzie sprawdzić). W Strzeszkowicach Dużych zostałem zaskoczony znakiem. Cmentarz wojenny. Nie miałem go w planach tego wyjazdu.

Przecież jak mam pokazany kierunek i jestem tu i teraz to nie zignoruję. Wjechałem w drogę szukając cmentarza przy torach (napisano, że przy torach). A to znaczy, że jadąc w stronę Niedrzwicy Dużej patrzyłem w prawo. To był błąd ale o tym dowiedziałem się później. Najpierw drogą, później ścieżką i nawet po nasypie na starym wiadukcie dojechałem w pobliże Niedrzwicy…

…a cmentarza nie widać. Zapytałem młodą kobietę spacerującą z dzieckiem ale znała tylko cmentarz w Niedrzwicy. Nic dziwnego. Tam miała znacznie bliżej. Zawróciłem. Dojeżdżając już ponownie do znaku wskazującego cmentarz zapytałem starszego mężczyznę na rowerze. Nic o cmentarzu nie wiedział. Może 20 metrów dalej go zobaczyłem. Od znaku do cmentarza nie ma chyba nawet 100 m. Jest jednak po drugiej stronie drogi niż tory i przysłonięty drzewami.

Jadąc dalej zahaczyłem o Lublin. Ale to taka jego część, że tylko urzędnicy wiedzą, że to miasto. Powstają nowe ścieżki rowerowe. Chyba cały Zalew Zemborzycki będzie można objechać bez wjeżdżania na jezdnię.

W Żabiej Woli nadal na rozjeździe ręcznie sterują ruchem.

Ponieważ jechałem teraz na południe miałem z wiatrem. Już wiatr mnie nie owiewał. Pot zalewał oczy. Szukałem sklepu by kupić wodę i wylać ją na siebie. Tylko nie gazowaną. Gazowana w zetknięciu z potem się pieni i po niej na słońcu skóra łatwo się czerwieni i szczypie – nawet gdy była wcześniej brązowa (szczególnie na twarzy). Szukałem sklepu po swojej stronie drogi. Po drugiej mijałem ich kilka. Dlaczego zawsze po tej drugiej stronie jest lepsza nawierzchnia i więcej sklepów? Po mojej łatwiej było kupić dom i wytapicerować autobus niż dostać wodę. Wiedziałem, że będę miał sklep po tej stronie co trzeba w Piotrkowie. Ale liczyłem na to, że znajdę jakiś wcześniej. W Piotrkowie planowałem zjazd z drogi do Przemyśla na mniej ruchliwą biegnącą do Krzczonowa przez Chmiel, a tam sklepów nie ma.

Już z butelką wody na bagażniku ruszyłem znów na wschód. Przede mną było pewne intrygujące mnie od dawna miejsce. W Piotrkowie jest kilka cmentarzy z I wojny światowej. W Chmielu jest mogiła z 1914 roku. W Krzczonowie cmentarz wojenny. A przede mną była stalowa wieża (ta z lewej strony)…

…ogrodzona płotem jednoznacznie mi się kojarzącym z cmentarzem.

Może tylko wpasowała się w ten cmentarny klimat?

W Chmielu znów jazda na południe. I lasy. W cieniu temperatura schodziła do 30 stopni. Chłodek. Na postoju część wody przelałem do bidonu rozcieńczając jakiś napój owocowy, a resztę wody wylałem na siebie. Mokre ubranie przyjemnie zaczęło mnie chłodzić. Na krótko. I tak zaraz wyschnie. Ale chociaż przez chwilę było przyjemnie. Może do cmentarza wojennego pod Krzczonowem. Tą drogę przejechałem po raz pierwszy. Kolejną drogą nieznaną była droga przez Walentynów. Już na początku były dwie informacje: do Pustelnika 6 km i dziury w jezdni na długości 6 km. Faktycznie do Chodyłówki dziury trzymały się jezdni. Nie wiem jak dalej, w Chodyłówce odbiłem w stronę Bazaru.

To takie deprymujące. Zjazd za zjazdem, niby fajnie ale wiadomo, że potem będzie podjazd. Lecąc miałbym bliżej. Kto mi da skrzydła? W Częstoborowicach rozpoczął się podjazd. Najostrzej na początku. Później "jak cię mogę" ale traktor jadący za mną wciąż był coraz bliżej mojego roweru. Dopiero gdy nachylenie stało się nieistotne zacząłem się od niego oddalać. Nie lubię gdy mi coś hałasuje. A wiedziałem, że jeśli dam się wyprzedzić to zaraz ja będę wyprzedzał. Tak do Izdebna. A po drodze chmielniki i pola. Chmiel już ładnie wyrósł.

Zaraz było Izdebno. Tu musiałem odnaleźć właściwą drogę do lasu. Lasu z Izdebna nie widać. Jest do niego ponad kilometr i trzeba wjechać na wzniesienie. Wybrałem drogę najbardziej wyjeżdżoną. Na innych była trawa. A ta droga miała mnie poprowadzić prosto na cmentarz. I poprowadziła. Spodziewałem się jednak, że będzie on wyglądać nieco inaczej. Były przygotowania do jego uporządkowania, a ja myślałem, że to zrobiono. Na miejscu zobaczyłem dlaczego nie jest to wcale takie proste.

Na terenie cmentarza (wlazłem tam przez krzaki) są wyraźne, wysokie mogiły. Nie ma krzyży. Rozmiary mogił wyraźnie mówią, że są to mogiły zbiorowe. Na mogiłach rosną już duże drzewa. W kilku lisy wykopały sobie jamy (jednego lisa spłoszyłem swoim najściem). Oczyszczenie cmentarza tak, by upodobnił się do cmentarza zamiast do lasu wymagałoby użycia sprzętu mechanicznego i zgody na wycięcie części drzew. Teraz jest tylko tabliczka na skraju lasu z której odpadła już część liter. Zadanie trudne do przeprowadzenia. Wymagałoby zaangażowania kilku instytucji i wielu ludzi.

Cmentarz był celem tego wyjazdu. Teraz rozpoczynał się powrót. Licznik pokazywał, że błądząc dołożyłem sobie około 20 km. Całkiem niezły wynik jak na jazdę z włączonym błądnikiem :) Nie chciałem wracać przez Bychawę. Za to miałem ochotę objechać Lublin. Do wyboru miałem jazdę przez Piaski lub przez Fajsławice i Trawniki. Zdecydowałem się na to drugie rozwiązanie. A to znaczyło, że mam ruszyć drogą widoczną na zdjęciu powyżej. Poniżej zbliżenie na chaszcze odcinające cmentarz od drogi. Trzmiel chcąc zachować anonimowość skrył głowę za słupkiem. Lasy są monitorowane to i zwierzęta się do tego dostosowują.

W Fajsławicach uzupełniłem zapasy płynów. W Trawnikach ponownie podjechałem pod mural, który zaraz po powstaniu został pomazany swastykami i szubienicami. Teraz już jest chyba zabezpieczony tak by łatwiej ten antysemityzm i nazizm usuwać.

Jest jeszcze jeden mural historyczny w Trawnikach. O nim nie mówiono. Nie powstał w ramach projektów europejskich. I nie jest niszczony. A i historia mniej znana.

Pojechałem dalej przez Biskupice w kierunku Łęcznej. Nie miałem zamiaru do Łęcznej zajeżdżać. Musiałbym dwukrotnie przejeżdżać przez Wieprz by dostać się do Kijan. W drodze jednak pojawiły się nowe problemy. Nie wiem czy to z gorąca czy dlatego, że tak mało się ostatnio ruszałem ale zaczęły mnie łapać kurcze w łydce. Wcale nie było to miłe. Trochę pomagało rozchodzenie (albo nie pedałowanie). Postoje robiłem mniej więcej co 10 km ale i tak mnie łapały. Piłem już na potęgę. Mimo starań jednak się odwodniłem. Na szczęście nie na tyle by opadać z sił. W Kijanach wszedłem na chwilę w cień drzew pod pałacem. Czegoś w pałacu mi brakowało. Kto go wcześniej widział, ten będzie wiedział co zniknęło. Mam nadzieję, że to nie kradzież tylko zabezpieczenie przed kradzieżą.

Miałem nadzieję na trochę cienia w drodze do Niemiec. Ale słońce już świeciło od zachodu i cienia nie było. Może nie był to wielki problem. Prognozy wskazywały na możliwe opadu pod wieczór. I jeszcze zanim dojechałem do Krasienina niebo się zachmurzyło. Nie wiem dlaczego nie wpadłem na to, że to może być burza. Jeszcze jadąc przez Grabów i Markuszów dawną drogą krajową miałem przyjemny cień i niezrozumiały tłok na jezdni. W Kurowie okazało się, że niemal wszystkie samochody jadą do Puław. Odcinek w stronę Żyrzyna był niemal pusty. Tylko gdy już na niego wjechałem zerwał się silny przeciwny wiatr. Teraz zaczęło się ciężko jechać. Na południu, kilka kilometrów ode mnie tłukły pioruny. W Chrząchowie – przez który jechałem do Końskowoli – dwukrotnie popadał deszcz i zaraz przestawał. Błyskawice tłukły już i na wprost przede mną. Wiatr był przyjemnie chłodny i męczący ale dawało się jednak jechać. Gdy wjeżdżałem do Końskowoli zaczął padać deszcz. Podjechałem do sklepu i pod drzewem przepakowywałem się tak by ocalić to co nie powinno zmoknąć. Licząc na to, że zaraz się ten deszcz jednak skończy jeszcze zrobiłem piwne zakupy i ruszyłem dalej. 6 km mogę pomoknąć. Po całodniowym upale ten deszcz był nawet przyjemny. Mokłem krócej. Przestało padać gdy już wjechałem do Puław. Jednak to co było zanim dojechałem do wiaduktu to był potężny prysznic. Jechałem poboczem z zapalonymi światłami. Mijające mnie samochody też miały zapalone światła, a mimo tego były prawie niewidoczne. Aż dziwne, że to były jednak pojedyncze krople. Blisko im było do formy wodospadu. Deszcz nie był zimny. A ten rozgrzany na jezdni moczył mi na ciepło buty i nogi. Szczęśliwie większość samochodów jechała powoli i żaden nie jechał poboczem. Mogłem przeczekać w Końskowoli. Ale nie wiedziałem jak długo przyjdzie czekać. No i to było w sumie przyjemne. Obawiałem się tylko samochodów i czy deszcze nie zmieni się w grad – nie miałem się gdzie schronić.